Decyzję o odrzuceniu artykułu młodego wikarego z Chrzanowa, Józefa Tischnera, podjęła, zdaje się, Malewska. W liście od redakcji Tischner przeczytał, że jego tekst „napisany jest zawile i językiem niezwykle trudnym, tak że nawet bardzo uważny czytelnik trafiałby na ustępy mało zrozumiałe…”.

 Rok 1957 to dla miesięcznika data nowych narodzin. Doszło do nich na fali październikowej odwilży. Decyzję o zwrocie „Tygodnika Powszechnego” jego prawowitym właścicielom oraz – przy okazji – reaktywacji „Znaku” podjął ponoć sam Władysław Gomułka. Co więcej, pierwszy sekretarz PZPR namawiał środowisko „Tygodnika” do… zajęcia kilku foteli poselskich. Zdecydowali się na to między innymi Stanisław Stomma i Jerzy Zawieyski (który został nawet członkiem Rady Państwa). Po wyborach nowi parlamentarzyści, popierani przez Kluby Inteligencji Katolickiej, utworzyli w Sejmie odrębne koło poselskie i przyjęli dlań nazwę „Znak” „dla podkreślenia organicznego związku ze środowiskiem krakowskim” – wspominał Stomma, wybrany przez kolegów przewodniczącym owego koła. (Później „Znakiem” zaczęto nazywać również ruch społeczny, do którego – poza kręgiem „Tygodnika” – należały zarejestrowane w pięciu miastach KIK-i oraz nowo powstały miesięcznik „Więź”).

Pierwszy po czteroletniej przerwie, odnowiony numer „Znaku” ukazał się w czerwcu 1957 roku. Zielona okładka miała być, jak sądzę, znakiem nadziei. „Mamy nadzieję – głosił artykuł wstępny – że nasze pismo (…) dawać będzie wyraz wartościom, jakim chcemy służyć”. Chcemy „dawną linię »Znaku« nie tylko kontynuować, ale też rozwijać, aby pismo coraz pełniej odzwierciedlało i zaspokajało potrzeby i dążenia ludzi myślących w Polsce, zwłaszcza katolików”.

Nowym redaktorem naczelnym został Jacek Woźniakowski, który przeszedł do „Znaku” z „Tygodnika” i był już wtedy jednym z filarów krakowskiego środowiska. Funkcję sekretarza redakcji objął Stefan Wilkanowicz, inżynier i filozof, ściągnięty tu przez nowego naczelnego, który znał go z KUL-u. Z zespołu zniknęli natomiast: Skwarczyńska i Gołubiew.

Redakcja miała też nowy adres: Sławkowska 32, I piętro. Oraz swojego przedstawiciela w Warszawie (w połowie lat 60. był nim młody historyk Bohdan Cywiński). „Znak”, pod wpływem wcześniejszych doświadczeń, ściślej (nie tylko ideowo, ale i administracyjnie i finansowo) związał się teraz z „Tygodnikiem Powszechnym”. Wkrótce zresztą władze zgodziły się na założenie wydawnictwa książkowego: w 1959 roku powstał Społeczny Instytut Wydawniczy ZNAK, który wziął na siebie ciężar wydawania i „Tygodnika”, i „Znaku”.

O kierowanie wydawnictwem koledzy poprosili Jacka Woźniakowskiego. Ten przez kilkanaście miesięcy – do października 1960 roku – próbował łączyć nowe zadania z redagowaniem miesięcznika (i pracą dydaktyczną na KUL-u). W końcu jednak okazało się, że musi z czegoś zrezygnować. I tak redaktorem naczelnym „Znaku” została ponownie Hanna Malewska (która zresztą od pewnego czasu faktycznie kierowała pismem).

Tzw. drugi „Znak” – pisał przy okazji wydania 75. numeru Jerzy Turowicz – „obrósł w piórka”: „numery dość pokaźnej objętości i naładowane treścią wychodzą regularnie co miesiąc, a nakład 7 tys. egzemplarzy, a więc jak na pismo tego rodzaju wysoki (miesięczniki polskie przedwojenne rzadko przekraczały nakład tysiąca egzemplarzy), rozchodzi się praktycznie bez reszty”. Faktycznie, zmieniła się objętość „Znaku”, bez zmian pozostała natomiast jego szata graficzna: logo i zgrzebna okładka, której faktura i kolorystyka jednemu z najmłodszych czytelników – 14-letniemu Józefowi Życińskiemu – kojarzyły się z… tekturką z opakowań na buty.

Za rządów Malewskiej odmłodniała redakcyjna stopka. Oczywiście, nadal istniał „zespół”, pełen „ojców (i matek) założycieli”, ale stało się oczywiste, że ma on charakter honorowy, a pełną odpowiedzialność za pismo ponoszą osoby na co dzień je redagujące. W latach 60. w stopce pojawili się zatem: sekretarz redakcji Halina Bortnowska, absolwentka filozofii KUL (zajęła ona miejsce Stefana Wilkanowicza, który zaczął wtedy pracę w „Tygodniku”), wspierający ją filozofowie – Stanisław Grygiel i Władysław Stróżewski, oraz redaktor techniczny, odpowiedzialny również za kontakty z cenzurą, Franciszek Blajda. To właśnie ci ludzie – razem z sekretarką Marią Michałowską – zostali uwiecznieni na zdjęciu zrobionym przez Adama Bujaka w sali portretowej KIK-u, przy ul. Siennej 5, gdzie na początku lat 60. przeniosła się redakcja miesięcznika.

„Znak” Hanny Malewskiej zasługuje, moim zdaniem, na odrębną monografię. Bortnowska, która zaczęła tu pracować w roku 1961, „od początku miała wrażenie, że staje się częścią jakiegoś organizmu”. Bo Malewska „robiła to pismo całkowicie – jednak nie poprzez własne pisanie, lecz przez redagowanie. W ówczesnym »Znaku « prawie nie było jej tekstów, za to ona była wszechobecna w każdym artykule”. Przy okazji jakiegoś jubileuszu pytana przez „Tygodnik” o tę pisarską ascezę, odpowiadała, że kiedy redaguje miesięcznik, „ma inne pasje” aniżeli publikowanie własnych tekstów.

Wiedziała, czego chce: pismo, którym kierowała, miało budować „wewnętrznego człowieka”. I starała się to robić w sposób perfekcyjny. Bo – powiada Bortnowska – przeznaczony do druku materiał „musiał naprawdę być wysokiej klasy. I wokół tych bardzo dobrych materiałów coś się układało: skomplikowane, delikatnie wyważone całości, wiele mówiące zestawy tekstów”. Nie zawsze to wychodziło (zwłaszcza że działała cenzura, konfiskująca nieraz całe artykuły). Czytelnicy skarżyli się potem, że „Znak” bywa za trudny, a niekiedy nawet… „chałowaty”. Rzeczywiście był trudny, czasem może nawet oderwany od rzeczywistości. „Za mało chodzimy po ziemi, i to w Polsce, teraz” – przyznawała na łamach „Tygodnika” Hanna Malewska. – „Bronimy się, nie zawsze może skutecznie, przed taką elitarnością, która polegałaby tylko na doborze ważnych, aktualnych tekstów, bez brania pod uwagę, kto i jak zdolny jest je odebrać”. Naczelna całkiem serio zastanawiała się nad uruchomieniem rocznika pod nazwą „Zeszyty Naukowe »Znaku«”, gdzie znalazłyby swoje miejsce artykuły najtrudniejsze, zwłaszcza te z dziedziny filozofii.

Ogromnym wsparciem była dla Malewskiej Anna Morawska, początkowo publikująca w miesięczniku pod pseudonimem „Maria Garnysz”. Morawska formalnie nie należała do redakcji, ale przez pewien czas współ-myślała o „Znaku” i go współtworzyła (w jednym tylko roku 1959 ukazało się tu 38 jej tekstów!). Ważny był też krąg przyjaciół pisma. Należał do nich między innymi profesor Henryk Elzenberg. Jego każdorazowa wizyta była dla „Znaku” wydarzeniem – bardzo liczono się tu z jego zdaniem.

Halina Bortnowska opowiadała kiedyś, jak wyglądało wspólne z Malewską redagowanie miesięcznika: „Spędzaliśmy ze sobą codziennie około trzech godzin. Siedzieliśmy wokół dwóch ściśniętych ze sobą biurek, ona na swoim miejscu, reszta – tam, gdzie akurat się dało, i rozmawialiśmy o tekstach. Potem było wielkie planowanie. Na biurku leżał ogromny arkusz bristolu, zwany przez nas »brudasem«, na którym wpisywało się plany poszczególnych numerów”, ale też pomysły na przyszłość. Po zakończeniu pracy, około 15–15.30, „brudasa” i wszelkie papiery skrzętnie chowano. To było konieczne, bo w tym samym pomieszczeniu po południu urzędował Klub Inteligencji Katolickiej. Niewykluczone, że kiedyś nastąpiła między nimi jakaś kolizja – na przykład wylano kawę na „brudasa” albo opowiedziano na mieście o planach miesięcznika. W każdym razie od pewnego momentu mówiło się w „Znaku” o „niedyskretnych niszczycielach” z KIK-u.

Te trzy godziny w redakcji to było budowanie relacji – i czas formacji zespołu. Konkretną pracę trzeba było natomiast zabierać do domu. Młodzi czasem coś zawalali, nie zrobili czegoś na czas, o czymś zapomnieli – Malewska nigdy. „Wiedzieliśmy – wspomina Bortnowska – że cokolwiek przeoczymy przez nieuwagę czy lenistwo, i tak zostanie przez nią poprawione. Staraliśmy się jednak to, co robimy, robić porządnie; przy niej nie wypadało uprawiać fuszerki”.

Naczelna znała się na ludziach i umiała pracować z autorami. Według Haliny Bortnowskiej „była mistrzem krytyki wewnętrznej. Nawet w tekstach, których problematyka była dla niej nowa, wręcz egzotyczna, umiała nieomylnie, choć nieśmiało, wskazywać miejsca słabe, te, w których autor próbował (…) przeskoczyć jakąś trudność, zatrzeć brak w rozumieniu, chwiejność interpretacji”. Znany jest przypadek odrzucenia przez miesięcznik artykułu młodego wikarego z Chrzanowa, Józefa Tischnera. Tę decyzję podjęła, zdaje się, Malewska. W liście od redakcji Tischner przeczytał, że jego tekst „napisany jest zawile i językiem niezwykle trudnym, tak że nawet bardzo uważny czytelnik trafiałby na ustępy mało zrozumiałe…”. Wojciech Bonowicz, biograf ks. Tischnera, twierdzi, że kiedy jego bohater poznał panią Malewską, „zorientował się, iż czeka go ciernista droga do wypracowania własnego stylu. Ale też – że nie będzie na tej drodze sam”. Władysławowi Stróżewskiemu Malewska powiedziała na przykład, że „nie popuści mu tak długo, dopóki nie zacznie pisać równie dobrze jak Tatarkiewicz”. Bohdan Cywiński dobrze pamięta, że „pani Hania odrzucała teksty po trzy i cztery razy… I stawiała na swoim: większość autorów zabierała swoje trzecie czy czwarte wersje tekstu, a po tygodniu, dwóch, przynosiła tę piątą, która wreszcie okazywała się dobra”.

Wciąż jednak czuła pewien niedosyt. Wydawało jej się, że można jeszcze bardziej wymagać – od siebie i od innych. W wywiadzie dla „Tygodnika” stwierdzała samokrytycznie: „Nie dosyć dociskamy autorów, za mało też systematycznie szukamy nowych. A ci, którzy piszą, nie zawsze umieją zdobyć się na zwięzłość i komunikatywność”.

Miesięcznik „Znak” to chyba jedyne pismo katolickie w PRL, które nie miało nigdy asystenta kościelnego, to znaczy księdza, czuwającego nad ortodoksją, a jednocześnie będącego znakiem więzi z Episkopatem, z Kościołem (asystenta nie miały tzw. pisma katolików świeckich, wydawane przez organizacje wspierające komunistyczny reżim – np. PAX). „Malewska to prawie biskup” – powtarzano ponoć w kurialnych poczekalniach i gabinetach i tolerowano tę jej formalną niezależność. Rzecz stała się dużo prostsza po tym, jak papież Paweł VI mianował współpracownika i przyjaciela „Znaku”, biskupa Karola Wojtyłę, metropolitą krakowskim.

Nowy arcybiskup dobrze rozumiał specyfikę „Znaku” i jego wartość dla Kościoła. Widział w nim wyraz zaangażowania świeckich w zastrzeżoną wcześniej dla hierarchii dziedzinę apostolstwa. W liście do Hanny Malewskiej przyszły papież pisał, że „apostolstwo świeckich opiera się na świadomości wspólnego posłannictwa wszystkich w Kościele oraz na gotowości posługiwania wedle różnych uzdolnień i potrzeb. Wasze posługiwanie – dodawał – jest od początku związane z potrzebami inteligencji katolickiej w Polsce”.

Dla katolickich redaktorów najważniejszym wydarzeniem tej dekady był, rzecz jasna, sobór. „Znak” z entuzjazmem powitał zapowiedź zwołania owego zgromadzenia przez Jana XXIII. Ów entuzjazm stał się jeszcze większy po tym, jak w roku 1960 z podróży do Rzymu powrócił redaktor „Tygodnika” ks. Andrzej Bardecki. Ten – dzięki przyjaźni z ks. Władysławem Rubinem (późniejszym kardynałem), który już wtedy był w Watykanie ważną figurą– mógł spotkać ludzi przygotowujących sobór i dowiedzieć się, jakie problemy będą tam omawiane. W trakcie tych rzymskich spotkań Bardecki układał sobie już w głowie „program dla »Tygodnika«, jeśli chodzi o przygotowanie opinii publicznej w Polsce na te olbrzymie zmiany, jakie miał wprowadzić sobór”. „Kiedy jako redaktor zamawiałem pewne artykuły – wspominał później – nieraz mogło się wydawać w redakcji, że jest to tematyka zbyt śmiała. Ja byłem jednak o to całkowicie spokojny…”. Znając ówczesną bliskość „Tygodnika” i „Znaku”, wolno chyba mniemać, że z tej jego wiedzy korzystał również miesięcznik.

Rzeczywiście, w tematykę soborową „Znak” zaangażował się na całego. Co więcej – dzięki rzymskiemu doświadczeniu Bardeckiego i dzięki „katolickiemu zmysłowi” (sensus catholicus) Malewskiej – on w jakimś sensie ten soborowy przełom przeczuł, jego recepcję w Polsce przygotował i wprowadzał ducha soboru do polskich struktur kościelnych. Tym właśnie celom – na długo przed rozpoczęciem soborowych obrad – służyło otwarcie łamów „Znaku” na problematykę ekumenizmu i dialogu międzyreligijnego , publikacja tekstów najwybitniejszych katolickich teologów: Congara (Autorytet w Kościele), de Lubaca, Rahnera (O możliwości wiary dzisiaj) czy von Balthasara, wreszcie zamieszczanie pierwszych tłumaczeń dokumentów Vaticanum II z obszernym komentarzem.

Miesięcznik „Znak” miał nadzwyczajne kompetencje ku temu, żeby zająć się soborem. Świeckim audytorem – jedynym z tej części Europy – był wszak Stefan Swieżawski; dwaj inni członkowie zespołu mieli na sobór prasowe akredytacje (Jerzy Turowicz brał udział w trzech sesjach, a Jacek Woźniakowski – w jednej), ponadto w czasie trwania II Soboru Watykańskiego w Rzymie znalazła się Halina Bortnowska…

To soborowe zaangażowanie docenili czytelnicy. Więcej: omawiając reformy Vaticanum II, „Znak” obudził w nich jakiś głód, jakieś pragnienie… Do redakcji przychodziły listy: „Powinniście być trybuną laikatu, napędzającą odnowę”. „»Znak« musi być awangardą. Piszcie prawdę. Żądajcie wprowadzenia soborowych reform”. „Musicie być dobrym znakiem dla ludzi oddalonych od Kościoła i dla tych ludzi Kościoła, którym się zdaje, że wszystko jest bardzo dobrze”.

Ówcześni redaktorzy „Znaku” nie mieli temperamentów politycznych – wyglądało na to, że są wierni sformułowanej kiedyś przez Stommę zasadzie „minimalizmu”. Inaczej niż autor tekstu o „maksymalnych i minimalnych tendencjach społecznych katolików”, który – próbując po swojemu odczytywać „znaki czasu” (on sam używał tu określenia: „mądrość etapu”) – rzucił się w wir polityki. „…było ryzyko i była nadzieja – mówił po latach Andrzejowi Romanowskiemu. – Czy można było się uchylić?”.

Niestety, dość szybko prysły nadzieje związane z Władysławem Gomułką. Zaostrzał się konflikt komunistycznego państwa z Kościołem. Coraz węższy był zakres wolności słowa. W tej sytuacji Stomma znów musiał sobie zadać pytanie: „Czy można się uchylić?”.

Nie można było się uchylać. Coraz częściej zdarzały się bowiem sytuacje, w których chrześcijanin i człowiek uczciwy musiał wyrazić swój sprzeciw. Koło Poselskie „Znak” robiło to ostrożnie, tak żeby nie popełnić politycznego samobójstwa, niemniej już w roku 1959 – po ogłoszeniu memoriału na temat stosunków państwa z Kościołem – „partia się obraziła”, wspominał Stanisław Stomma. Jeszcze gorsza reakcja nastąpiła po głosowaniu przeciwko ustawie o wywłaszczeniu Kościoła na Ziemiach Zachodnich: zdecydowano wówczas o obcięciu nakładu „Tygodnika Powszechnego” (ale nie „Znaku” – partyjnym decydentom miesięcznik nie wydawał się chyba aż tak groźny). Po raz drugi po tę restrykcję sięgnięto po tym, jak Jerzy Turowicz podpisał się pod listem 34 intelektualistów w obronie wolności kultury.

Co gorsza, na środowisko boczył się nieraz kardynał Wyszyński. Chodziło o niektóre teksty publikowane w „Tygodniku”, a zwłaszcza o tzw. Opinię – zredagowane przez Stommę i przekazane Stolicy Apostolskiej (bez wiedzy polskich biskupów) memorandum dotyczące nawiązania przez Watykan stosunków dyplomatycznych z PRL. Prymas dostrzegł w tym dokumencie przejaw nielojalności. Na szczęście Stefan Wyszyński był człowiekiem wielkodusznym…

*

Swój katolicyzm „Znak” rozumiał jako powszechność, a nie konfesyjne getto. „Chodzi o to – notowała przy okazji jakiegoś kolejnego jubileuszu Halina Bortnowska – że służbą pisma, a więc naszym psim obowiązkiem jest niezmordowane odkrywanie i udostępnianie, dawanie czytelnikom do refleksji tekstów, przez które najczęściej we wzajemnym zestawieniu) odsłania się jakiś fragment prawdy, zawierający w sobie nie tylko znak czasu, lecz i łaskę, kairos, wezwanie człowieka do przybliżania Królestwa. Ale to wszystko tylko implicite, najczęściej anonimowo, bez wzywania Imienia. Bo tak zwyczajnie biorąc, artykuły, które należy drukować w „Znaku”, to nic innego jak dobre teksty, ciekawe, ważne”.

Nie uciekano zatem od szeroko pojętej kultury. To w „Znaku” po raz pierwszy ogłoszono nieznane listy Norwida i zajęto się analizą współczesnej francuskiej powieści eksperymentalnej. W roku 1960 pisał o „Znaku” Jerzy Turowicz, że „stara się on przedstawić, omówić i ocenić wszystkie wybitniejsze zjawiska i prądy kultury współczesnej bez względu na ich zabarwienie ideowe”. Drukowano tu również wiersze, między innymi: Mirona Białoszewskiego, Zbigniewa Herberta, Kazimierza Wierzyńskiego i bliżej nieznanego autora, który podpisywał się jako „Andrzej Jawień” (na przykład roku 1957 ukazał się jego Kamieniołom, a w 1963 – Narodziny wyznawców i Kościół). W „Znaku” Jawień opublikował również dramat Przed sklepem jubilera (1960).

Już w latach 50. zaczęto wydawać pierwsze numery tematyczne „Znaku” (m.in. o pracy, filozofii współczesnej i problemie poznawalności Boga; później także o cybernetyce i nowych horyzontach biologii). Trochę sarkali na to niektórzy czytelnicy: „…dość tych błazeństw z imitacją wydawnictw jednorazowych. Prosimy o przywrócenie pismu dawnego charakteru” – pisał w roku 1959 jeden z księży profesorów. Jednakże większość patrzyła na te eksperymenty z sympatią. I z zaufaniem do redakcji, którą – to widać w listach – traktowano jak mistrza. „»Znak« jest dla mnie pismem trudnym (brak wykształcenia), a jednak w czasie przerwy, w latach 1953–1956, właśnie tego pisma najbardziej mi brakowało” – pisała osoba od ósmego roku życia nieuleczalnie chora.

Imponująca jest lista autorów zagranicznych, których w tej dekadzie – często po raz pierwszy w Polsce! – publikował „Znak”, między innymi: Balasuriya, Camara, Eliade, Evdokimov, Gandhi, Heidegger (1965: Co to jest metafizyka?), Heschel (1966), Küng, Merton (na łamach miesięcznika ukazywała się w odcinkach książka Nikt nie jest samotną wyspą), Ratzinger (1965), Rosenzweig (1966), Tillich, Weil… Spośród polskich autorów odnotujmy – tytułem przykładu – dwóch: ks. Tischnera (debiutował w „Znaku” w roku 1966 tekstem Filozofia czeka na wcielenie) i Leszka Kołakowskiego (1960). Dla mnie jednak najważniejsze w tej dekadzie były… ankiety.

Na przykład ta, w której k a ż d y mógł odpowiedzieć na pytanie: „Dlaczego wierzę, wątpię, odchodzę?”. Mam bowiem wrażenie, że w tych (czasem niezdarnych) tekstach najpełniej realizował się sobór: zniknął podział na Kościół „nauczający” i „słuchający” – i wszyscy wzięli odpowiedzialność za wspólnotę, którą założył Jezus Chrystus.

Mówi się czasem, że świeccy w Kościele to „śpiący olbrzym”. Wtedy, na początku lat 60., redakcji „Znaku” (i „Tygodnika”) udało się tego olbrzyma na chwilę obudzić.

JANUSZ PONIEWIERSKI, ur. 1958, członek redakcji „Znaku”, autor książek Pontyfikat. 1978–2005 (III wyd. 2005) i Kwiatki Jana Pawła II (2002).